Do Polski włoszczyznę sprowadziła królowa Bona mniej więcej 500 lat temu. Dlatego możemy dziś kupić ją (włoszczyznę) w warzywniaku na rogu, albo w budce pod domem, albo na bazarku, do kerfura nie idź. Kupujemy gotowy pęczek, albo tak zwaną włoszczyznę w siateczce. Włoszczyzna może być świeża i chrupiąca albo stara i zwiędnięta, czasem spleśniała i zgniła. Bez znaczenia, bierz co lubisz. Jak bierzesz starą włoszczyznę zawsze możesz zbić cenę, w auchanie to nie jest możliwe. Włoszczyznę
myjemy, jeśli mamy taką potrzebę. Myć nie trzeba. Warzywa kroimy w słupki albo inaczej. Można wcale nie kroić. Wrzucamy warzywa na patelnię, na olej albo oliwę, co kto woli, mówią, żeby nie smażyć na oliwie. Kiedyś wszystko smażyłem na oliwie i nic mi nie było. Smażymy, ale krótko. Jak się posmażą, dolewamy trochę wody i wrzucamy kostkę bulionową. Kostka składa się głównie z soli, więc wcześniej nie trzeba niczego
solić. Dodajemy jeden, najmniejszy jaki był w sklepie, koncentrat pomidorowy, można dodać duży, tylko dobrze jest wiedzieć po co. Dusimy. Dłużej albo krócej. Swoboda. Można wcale nie dusić. Jak się rozpuści kostka, a koncentrat rozprowadzi, powstanie sos. Jak ktoś nie lubi kwaśnego, to niech sobie posłodzi. Pieprzymy i gotowe.
kwi 112010






